Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Kazimierz Waza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Kazimierz Waza. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 stycznia 2015

Ort koronny Jana Kazimierza 1659

Poprzednio było trochę o drobnicy, dlatego teraz dla równowagi proponuję zapoznać się z grubszym nominałem. Jeszcze przed Świętami wylicytowałem monetę typu i rocznika, które nie budzą większych emocji wśród zbieraczy. Orty koronne biły mennice w Krakowie, Bydgoszczy i Wschowie praktycznie przez całe tragiczne dla Rzeczypospolitej lata 50 XVII w. Brakuje im uroku ortów miejskich z Torunia i Gdańska, nie są też poszukiwane dla swojej rzadkości, jak ma to miejsce w przypadku ortów emitowanych we Lwowie w stworzonej ad hoc i działającej w latach 1656-57 mennicy w okresie szwedzkiej okupacji. Oczywiście zdarzają się rzadsze typy i roczniki, ale dominują jednak wśród nich monety pospolite, niespecjalnie piękne i uzyskujące zazwyczaj na rynku kolekcjonerskim bardzo umiarkowane ceny, jeśli porównać je z wartością wcześniej wymienionych ortów miejskich. Na prezentowany poniżej egzemplarz zwróciłem jednak uwagę. Chociaż jego stan zachowania nie jest zbyt wysoki, fakt zużycia obiegiem nie budzi wątpliwości, widać uderzenia na rancie, wadę bicia na awersie i sporo brudu, szczególnie na rewersie, numizmat mimo wszystko sprawia wrażenie wyraźnie ponadprzeciętnego. Albo to zasługa stosunkowo krótkiej obecności w obrocie, albo "świeżego" stempla, którym wybito monetę, albo - być może - obu tych czynników. Szczęśliwie relief jest nieźle zachowany, zwłaszcza zaś to, co w szczególnie dużym stopniu wpływa na odbiór monety: popiersie króla - z licznymi detalami (nieźle przedstawione włosy, faktura szat, korona i order Złotego Runa), których trudno doszukać się na większości innych egzemplarzy. Oto i on:

AWERS: JAN KAZIMIERZ Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI I SZWECJI WIELKI KSIĄŻĘ...(!)


REWERS: MONETA SREBRNA KRÓLESTWA POLSKIEGO 1659


Od razu zwróciłem uwagę na legendę awersu - rytownik stempla chyba nie rozplanował zawczasu napisu, gdyż nie zmieściło się "L" w skrócie tytulatury monarchy. Mamy więc wielkiego księcia nie wiadomo czego; zazwyczaj należałoby oczekiwać zresztą w tym miejscu aż trzech liter (LRP - odnoszących się do Litwy, Rusi i Prus). Przyjrzyjmy się oznaczeniom menniczym na rewersie. Moneta należy do dość popularnego wariantu z herbem Wieniawa podskarbiego wielkiego koronnego Bogusława Leszczyńskiego i inicjałami TLB Tytusa Liwiusza Boratiniego, dzierżawcy mennicy krakowskiej (więcej o tym jegomościu można przeczytać tutaj). Lekki posmak rzadkości dodaje temu wariantowi spotykana ze stosunkowo mniejszą częstotliwością odmiana legendy rewersu (ściśle jej fragment "REG.POLO"). Z tego samego roku pochodzą już monety posiadające herb Ślepowron nowego podskarbiego Jana Kazimierza Krasińskiego, wybite po tym, jak słynący z korupcji i współpracy ze Szwedami Leszczyński zmarł.

Prezentowany ort, wybity w mennicy krakowskiej, figurujący w katalogu Kopickiego pod pozycją 1766, u Kamińskiego i Kurpiewskiego zaś - ze stopniem rzadkości R1 - pod numerem 435, posiada średnicę 30mm i katalogową wagę 6,31g srebra próby 10-łutowej (0,625). Wcześniejsze monety tego typu z lat 1651-1652 bito jeszcze podług ordynacji menniczej z 1650 r. w znacznie lepszym srebrze próby 14-łutowej (0,875). Jednakże ciągłe problemy ekonomiczne i brak kruszcu zmuszały do ciągłego pogarszania jakości pieniądza - już za chwilę pojawią się w obiegu niesławne tymfy (zawsze odczuwam pewien dysonans, gdy widzę je w katalogach aukcyjnych, porządkowanych zazwyczaj wartością nominalną monet, przed pięknymi ortami toruńskimi z tej epoki) oraz boratynki.

wtorek, 4 marca 2014

Półtorak koronny Jana Kazimierza Wazy 1661

Po krótkiej wycieczce do kolonialnej Grecji antycznej, wracamy na ziemie Rzeczypospolitej z końca panowania Jana Kazimierza. Kraj targany jest konfliktami zewnętrznymi i wewnętrznymi, dopiero niedawno przetoczył się przez niego szwedzki potop, gospodarka niedomaga. Mimo to mennice nadal biją monety podobne do tych, które wprowadzono za wcześniejszych panowań - wśród nich te będące swego czasu innowacjami menniczymi, zapożyczanymi przez władców sąsiednich państw. Po okresie zawieszenia emisji monety drobnej w czasie rządów Władysława IV, za panowania jego brata pojawiają się sporadyczne emisje trojaków, a także nieco częstsze i dość regularne półtoraków. Nominały te nie mają już takiego znaczenia jak w epoce swojej największej popularności, na przełomie XVI i XVII w. Obecnie za podstawowe monety o niższej wartości należy uznać szóstaki i orty - trwające od dekad procesy inflacyjne zdążyły dać się ludności we znaki. Spodlenie nie ominęło nominału, któremu poświęcony jest niniejszy post. Według obowiązującego standardu monetka ta ma wagę zaledwie 1,09 g srebra próby 0,281. Gdy wprowadzano ją do użytku w 1614 r., ważyła 1,58 g i posiadała próbę 0,469. Jest jeszcze drobniejsza niż pierwowzór. W jabłku królewskim na rewersie widnieje liczba 1/60. Początkowo było to 1/24, co oznaczało nominał - 1/24 talara. Popatrzmy na nieco wyszczerbiony, ale ładny egzemplarz, który niedawno dostał się w moje ręce.

AWERS: JAN KAZIMIERZ Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI


REWERS: MONETA NOWA KRÓLESTWA POLSKIEGO


Półtoraki koronne emitowano za Jana Kazimierza w latach 1658, 1659, 1661, 1662 i 1666 (może również w 1654). Są to monety stosunkowo rzadkie - żaden rocznik nie jest obecnie uznawany za pospolity; mój posiada rzadkość R3 w katalogu Kopickiego. Graficznie moneta powiela schematy obowiązujące przy biciu półtoraków praktycznie od drugiego roku ich emisji za Zygmunta III: na awersie pięciopolowa ukoronowana tarcza ze zdwojonymi godłami Korony i Litwy oraz herbem Snopek Wazów, na rewersie jabłko królewskie z umieszczonym w nim nominałem (dzielnik talara), dwie ostatnie cyfry daty po jego obu stronach, u dołu herb Ślepowron Jana Kazimierza Krasińskiego, podskarbiego wielkiego koronnego w latach 1658-68. Półtoraki koronne za Jana Kazimierza Wazy bito w mennicy poznańskiej.

Na koniec jeszcze krótko o historii półtoraków i okolicznościach ich wprowadzenia. Można powiedzieć, że nominał ten był odpowiedzią na potrzeby handlu nadgranicznego w zachodniej części Korony, ale również formą obrony rynku pieniężnego przed spekulacyjnym wywozem dobrej monety srebrnej i importem na nasze ziemie podlejszego pieniądza. Temu służyć miała niewielka zawartość czystego srebra w stosunku do nominału, jak również podobieństwo do monet groszowych bitych w krajach niemieckich. Bezpośrednim bodźcem do emisji półtoraków stało się podjęcie przez Jana Zygmunta, administratora pruskiego i elektora brandenburskiego, bicia groszy o podobnym schemacie graficznym w mennicy w Drezdenku (blisko naszej zachodniej granicy) w 1612 r. Miały one trafiać w założeniu pomysłodawcy tego przedsięwzięcia na rynek Rzeczypospolitej. Po trzech latach pod wpływem presji ze strony Polski proceder ten został zażegnany, jednak w 1614 r. mennica bydgoska, najwyraźniej wzorując się na drobnicy emitowanej przez Jana Zygmunta, wprowadziła podobne monety z jabłkiem panowania i nominałem 1/24 talara. Zresztą już wcześniej, bo w 1600 r., Kacper Rytkier w swojej taryfie monet obcych obiegających na ziemiach Rzeczypospolitej określał mianem półtoraków monety niemieckie o nominale 1/24 talara, podobnie jak bite w krainach położonych na południe od naszych ziem monety trzykrucierzowe.

piątek, 24 maja 2013

Ort gdański Jana Kazimierza 1658

Zaszalałem. Tak bardzo, że nie planuję już udziału w najbliższej aukcji stacjonarnej WCN. Firma ta wystawiła na aukcji on-line wyraźnie atrakcyjniejsze niż zwykle egzemplarze polskich monet. Jedna tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłem licytować. Udało się, choć obecnie rozważam, jakich pozycji z kolekcji się pozbyć, żeby podreperować budżet. Moneta, która tak bardzo wzbudziła moje pożądanie, to ort wybity w Gdańsku za panowania Jana Kazimierza. Ładnie zachowany - jakoś nie mogłem znaleźć w archiwum aukcji WCN egzemplarza w równie dobrym stanie z tego rocznika. Oto zdjęcie tej 30-milimetrowej perełki:

AWERS: JAN KAZIMIERZ Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI
I SZWECJI WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI RUSKI PRUSKI


REWERS: MONETA SREBRNA MIASTA GDAŃSKA - 18 - 1658


Orty z epoki Jana Kazimierza są moim zdaniem ciekawsze, niż te z okresu panowania Zygmunta III. Mamy ich większą różnorodność, bo do Gdańska i Bydgoszczy dołączyły Toruń, Poznań, Kraków, a nawet Wschowa i Lwów. Spośród nich szczególnie piękne, bogate graficznie i w barokowym stylu są toruńskie i właśnie gdańskie. Nie wszystkie typy rysunkowe, bo ich poziom był zróżnicowany. Na wyżej przedstawionym widzimy dość wyraziste rysy króla - może nawet z nadmiernie wydatnym nosem - ale również pięknie odwzorowane szaty z orderem Złotego Runa, a po drugiej stronie detalicznie wyryte przez Jana Höhna, lub jakiegoś jego utalentowanego asystenta, gdańskie Lwy.

Mennica gdańska za Jana Kazimierza biła szelągi, dwugrosze, orty, półtalary, talary, dwutalary, dukaty, półtoradukaty i dwudukaty, a także donatywy. Orty emitowano w latach 1650-1667 z przerwami w 1653 i 1665 r. Pogarszała się z biegiem lat jakość kruszcu, z którego były bite: próba 14-łutowa obowiązywała do 1656, w latach 1656 i 1657 obniżono ją do 13 łutów, a w roku następnym do 11 łutów i 30 sztuk. Jednocześnie podwyższono wagę z 5,61 do 6,73g. Monety były sporawe jak na orty - 30 mm średnicy, co oznacza, że będę musiał dokupić odpowiedni kapsel Quadrum do przechowywania nowego nabytku.

Mennicą zarządzał początkowo Gerhard Rogge, zaś po jego śmierci w 1656 r. - Daniel Lasse. To jego inicjały widzimy na rewersie między datą i tarczą. Inny szczegół tej strony monety to ozdobne gałązki u góry, przedzielające deklarowany nominał - 18 groszy. Kolejny detal: ósemka w dacie to "przebitka" z siódemki - moneta została wybita ze stempla, na którym zmieniono datę.

Literatura: M. Gumowski, Mennica gdańska, Gdańsk 1990, Polskie Towarzystwo Archeologiczne i Numizmatyczne Oddział w Gdańsku.

wtorek, 12 lipca 2011

Tymf Jana Kazimierza 1664

Na wielomilionowych emisjach podwartościowych szelągów miedzianych - boratynek - nie kończą się innowacje mennicze za panowania Jana Kazimierza (który notabene nie był do nich entuzjastycznie nastawiony). Wobec utrzymujących się kłopotów budżetowych w 1663 r. Andrzej Tymf, Niemiec z pochodzenia, dzierżawca mennic koronnych i probierz generalny, występuje z nowym pomysłem, którego dobrych stron w przeciwieństwie do inicjatywy Boratiniego właściwie nie sposób już będzie znaleźć. Proponuje on bicie grubej monety srebrnej o wartości 30 groszy, jednak o masie znacznie niższej, niż odpowiadająca temu nominałowi.

Ma być to więc pierwsza fizycznie istniejąca złotówka. Za jej prototyp z epoki Zygmunta III, bity jednak w niewielkiej liczbie, można uznać tzw. talary lekkie - z bardzo pięknymi wizerunkami. Jeżeli cofnąć się w czasie jeszcze do epoki Jagiellonów, czymś w rodzaju monety złotowej był półkopek litewski, równy - jak sama nazwa wskazuje - połowie kopy groszy litewskich. Jednak przed reformą Stefana Batorego w 1580 r. grosze litewskie były o 1/4 droższe od polskich, co czyni z tej pięknej i niezwykle rzadkiej monety renesansowej jeszcze bardziej odległy pierwowzór blaszki, którą prezentuję w tym poście.

Co można powiedzieć o tej monecie, potocznie zwanej tymfem lub tynfem? Przede wszystkim, pomimo moich szczerych chęci, nie znajduję w niej wiele piękna. Oto dobitny moim zdaniem dowód w postaci zdjęcia:


Awers: DAJE ZAPŁATĘ OCALENIE OJCZYZNY I WIĘCEJ JEST WARTE NIŻ METAL

Rewers: MONETA NOWA SREBRNA KRÓLESTWA POLSKIEGO 1664


Tymfy były sporymi monetami, o średnicy 31 mm. Bito je z dość kiepskiego srebra próby ośmiołutowej, czyli 0,500 w systemie dziesiętnym. Ich waga katalogowa wynosi 6,73 g[1]. Masa czystego srebra stanowi więc równowartość ok. 12 groszy zgodnie z panującą wówczas ordynacją menniczą z 1650 r. - w ortach, a więc monetach 18-groszowych, czystego srebra miało być 4,9 grama[2]. Tymfy na sumę ponad 6 mln złotych polskich bito głównie w mennicy Bydgoskiej w latach 1663 - 1666, ze szczególnie wysoką intensywnością pod koniec kampanii menniczej[3].

Graficznie moneta nie prezentuje się okazale. Na awersie widnieje mało finezyjny jak na epokę baroku monogram królewski ICR (Ioannes Casimirus Rex), który ludność rozwijała jako "Initium Calamitatis Regni" - "początek nieszczęść królestwa". Na rewersie ukoronowana tarcza czteropolowa z godłem Korony i Litwy, Snopkiem Wazów i nominałem: "XXX GRO POL". Ogólnie wizerunek obu stron jest z gatunku "grubo ciosanych", nie grzeszy szczegółowością i często towarzyszyły mu błędy, szczególnie w dacie.

Polecam zwrócić uwagę na legendę awersu. Jest dość niezwykła jak na monetę, a stanowi uzasadnienie, czemu monecie o wewnętrznej wartości 12 groszy nadano wartość nominalną równą 30 groszom. Niestety, piękne patriotyczne hasło w czasach powszechnie obiegającego pieniądza kruszcowego, którego jakość sama w sobie była instrumentem ekonomicznym wykorzystywanym nierzadko również w celach sabotażu gospodarczego, nie ustrzegło kraju przed poważnymi problemami ekonomicznymi wywołanymi tą emisją. Ceny monety grubej i międzynarodowej - talarów i dukatów - poszybowały w górę. Wkrótce posiadacze tymfów musieli do swoich zakupów doliczać wysokie ażio. Tymfy wywołały inflację i przyczyniły się do pauperyzacji ludności Rzeczypospolitej. Jakub Łoś w swoich pamiętnikach zamieścił satyryczną modlitwę do Jana Kazimierza wzorowaną na "Ojcze Nasz", w której wysyłał Tymfa i Boratiniego do "czorta, piekła przeklętego", narzekając jednocześnie na brak dobrej, dawnej monety.

Emisje niepełnowartościowych złotówek Tymfa są oceniane jednoznacznie negatywnie. To głównie przez nie ludność musiała nauczyć się sztuki radzenia sobie z istnieniem de facto dwóch obiegów pieniężnych - monet "bieżących" i "dobrych". Jednocześnie wobec późniejszych niekorzystnych ekonomicznie czasów tymfy utrzymały się w obiegu pieniężnym długo, niemal przez sto lat. To sprawia, że trudno znaleźć obecnie na rynku numizmatycznym ładnie zachowane egzemplarze. Sam Tymf, oskarżany o nadużycia i zbicie na nich olbrzymiego majątku, musiał uciekać z Polski do Słupska - nie upiekło mu się tak, jak Boratiniemu. Królowi Janowi Kazimierzowi można oddać część honoru, że był początkowo przeciwny emisji tymfów. Później jednak, pod naciskiem Sejmu, znany ze swej niestałości monarcha przystał na inicjatywę Tymfa.


[1] Dane metryczne za: Henryk Radzikowski, "Atlas monet polskich i litewskich od XVI do XVIII wieku", Warszawa 2008.
[2] Henryk Cywiński, "Dziesięć wieków pieniądza polskiego", Warszawa 1987.
[3] Henryk Wojtulewicz, "Pieniądz polski za Jana Kazimierza", Warszawa 1971.

czwartek, 7 lipca 2011

Szeląg koronny i litewski Jana Kazimierza

Lipiec na moim blogu będzie w dużej części poświęcony mennictwu Jana Kazimierza. Pierwszy post czerwcowy stanowił omówienie pięknej, barokowej monety mennicy miejskiej w Toruniu. Jednak ostatni z Wazów na tronie polskim znany jest przede wszystkim z monety drobnej i bardzo kiepskiej, którą bito za jego rządów od 1659 r. dla zapełnienia olbrzymiej "dziury budżetowej" i wypłacenia zaległego żołdu żołnierzom w tych ciężkich, wojennych czasach.

Temat, który podejmuję, jest dla mnie trudny z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, lubię kolekcjonować i fotografować piękne monety. Szelągi miedziane na pewno do takich nie należą. Mają brzydki wizerunek króla i są często wybite bardzo niedbale. Do tego rozmiar - ledwie 16 mm średnicy, niekiedy zaś mniej - nie pozwalał na przedstawienie odpowiednio finezyjnego projektu graficznego. Ciężko się fotografuje te - nawiązując jeszcze do określenia ze średniowiecznych kronik z czasów psucia pieniądza w okresie rozbicia feudalnego - plewy. W dodatku plewy miedziane, często skorodowane. Po drugie, o boratynkach powiedziano już w różnych miejscach bardzo wiele. Dlatego chcę tym razem napisać nieco więcej niż zwykle, aby nie powielać najczęściej przedstawianych informacji, ale również może trochę skompensować małą atrakcyjność zdjęć. Ale dość już narzekania, czas na prezentację:


Awers: Jan Kazimierz Król TLB


Rewers: Szeląg Królestwa Polskiego 1664


No właśnie - "TLB". To inicjały pomysłodawcy tych przysłowiowych "złych szelągów", pierwszej na masową skalę bitej w Polsce (i chyba również w całej Europie) podwartościowej monety miedzianej. Niejaki Tytus Liwiusz Boratini (oryginalnie Burattini), Włoch z pochodzenia, pojawia się na kartach historii polskiego mennictwa początkowo jako dzierżawca mennicy krakowskiej w roku 1658. Chyba nikt nie spodziewał się, jak pomysłowy okaże się ten człowiek, wynalazca wagi hydrostatycznej, za pomocą której określił ciężar rtęci oraz maszyny latającej z kotem w środku(!)[1]. W tym samym 1658 r. wystąpił on na Sejmie w Warszawie z propozycją bicia szelągów z czystej miedzi, w dodatku podwartościowych (o masie niższej niż odpowiadająca wartości nominalnej).

Szelągi miedziane (zwane boratynkami) bito w latach 1659 - 1668 w liczbie ponad miliarda sztuk na kwotę - wg różnych szacunków - od 11 do 16 mln złotych polskich. Najliczniejsze, a przez to obecnie najpospolitsze emisje pochodzą z roczników: 1660, 1661, 1663, 1664 i 1665. W 1660 r. wybito pewną ich liczbę w srebrze[2]. Początkowo na potrzeby bicia tych miedziaków otwarto mennicę w Zamku Ujazdowskim (wówczas) pod Warszawą. Później zajmowały się ich emisją także mennice w Brześciu, Kownie, Malborku, Oliwie i Wilnie. Prawdopodobnie nie bito natomiast boratynek w dzierżawionej przez Boratiniego mennicy krakowskiej, w której produkowano monety srebrne. Emitowano dwa podstawowe typy boratynek: z Orłem na rewersie dla Korony i Pogonią dla Litwy. Zdjęcia poniżej ukazują rewersy monet dla Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zamieszczam dwa, żeby ukazać szerzej defekty mennicze. Szczerze mowiąc, na pierwszym Pogoń kojarzy mi się raczej z Centaurem skrzyżowanym ze Śmiercią.





Żołnierze niechętnie przyjmowali te pieniążki, które w obrocie handlowym szybko traciły na wartości. Wypłata żołdu w boratynkach była nawet przyczyną buntów. Skutki ekonomiczne przewidziano jeszcze przed emisją - przeciw niej protestowały stany pruskie, szczególnie zaś przedstawiciele Gdańska[3]. Boratini był oskarżany o bicie większej liczby monet, niż przewidywała umowa. Nie lubiano go również ogólnie z powodu niskiej wartości monet i jej niekorzystnych skutków dla ludności, a także wielkich zysków, które osiągał ze swojej działalności w ciężkich dla społeczeństwa czasach. W 1662 r. wynalazca musiał tłumaczyć się ze swoich poczynań przed Komisją Sejmową we Lwowie, oczyszczono go jednak z zarzutów. Następnie długo kazał się prosić o podpisanie nowej umowy na dalsze, jeszcze liczniejsze emisje.

Emisja boratynek, mimo że stanowiła nową formę opodatkowania inflacyjnego ludności, nie była z gruntu niekorzystna dla gospodarki Rzeczypospolitej. Choć można wskazać liczne negatywne jej skutki ekonomiczne i społeczne - jednym z nich jest wprowadzenie zamętu w stosunkach menniczych, pogłębionego od 1663 r. emisją podwartościowych złotówek Andrzeja Tymfa - są również pewne pozytywne strony tej inicjatywy. Przynajmniej częściowo umożliwiła pokrycie deficytu budżetowego i wypłatę zaległego żołdu. Należy pamiętać, że z założenia szelągi miedziane miały w "lepszych czasach" zostać wymienione na pieniądz pełnowartościowy. Idea więc nie była nowa - już w starożytności w chwilach kryzysowych państwa potrafiły posłużyć się tymczasowo tą swoistą formą pieniądza fiducjarnego, której towarzyła obietnica wymiany na pieniądz kruszcowy o stosownej wartości wewnętrznej. Tak się jednak nie stało w przypadku Rzeczypospolitej drugiej połowy XVII wieku. Następny zaś wiek przyniósł upowszechnienie się tego typu emisji w całej Europie. Boratini okazał się jednym z prekursorów nowożytnej monety podwartościowej. Dla mieszkańców Rzeczypospolitej był jednak głównie symbolem kiepskiego pieniądza i początku długiego okresu, w którym kursowały w obiegu dwa jego rodzaje: moneta bieżąca (łac. "moneta currens") i moneta dobra (łac. "moneta bona"). Posiadacze tej pierwszej musieli liczyć się z tzw. ażio, które w praktyce oznaczało konieczność uiszczenia znacznie wyższej kwoty za nabywane towary, niż w monecie dobrej.

Na koniec jestem winny mniej obeznanemu z tajnikami numizmatyki Czytelnikowi wyjaśnienie, czym był szeląg jako jednostka monetarna. Po raz pierwszy pojawił się w państwach niemieckich w drugiej połowie XIV na fali ogólnoeuropejskich tendencji do bicia monety grubszej niż średniowieczny denar. Było to już blisko 100 lat od wprowadzenia groszy w Europie Środkowej. Pierwsze szelągi bili na ziemiach polskich Krzyżacy od czasu wielkiego mistrza Winrycha von Kniprode. Z czasem ustaliło się w Polsce, że szeląg odpowiadał wartością sześciu denarom, stanowiąc 1/3 grosza. Jak nietrudno się domyślić, po okresie rewolucji cen na przełomie XVI i XVII w. była to bardzo drobna moneta - w epoce Jana Kazimierza denary nie były już fizycznie istniejącą monetą, choć nadal wykorzystywano je jako jednostkę obrachunkową. Szeląg stał się więc najdrobniejszym rodzajem pieniądza występującym w obiegu gospodarczym. Łacińska nazwa szeląga to "solid", niemiecka - "schilling", która w Austrii przetrwała do wprowadzenia Euro. Do reformy pieniężnej w 1972 r. szyling stanowił również 1/20 funta szterlinga w Wielkiej Brytanii, a obecnie jest walutą w niektórych państwach afrykańskich.

[1] Henryk Wojtulewicz, "Czy w mennicy krakowskiej wybijano boratynki?", Biuletyn Numizmatyczny, lipiec - wrzesień 1996.
[2] Henryk Radzikowski, "Atlas monet polskich i litewskich od XVI do XVIII wieku", Warszawa 2008.
[3] Henryk Wojtulewicz, "Pieniądz polski za Jana Kazimierza", Warszawa 1971.

sobota, 11 czerwca 2011

Ort toruński Jana Kazimierza 1655

Żniwa 46. Aukcji WCN już za mną! Dwie wyjątkowe monety czekają na prezentację. Nie należą one tym razem do "drobnicy". W ogóle muszę przyznać, że większą satysfakcję daje mi grubszy pieniądz. Wkrótce może trzeba będzie zmienić adres bloga - choć nie jest to takie proste, pasujące i dobre hasła są "zajęte"...

Pierwszym ze zdobytych numizmatów jest ort toruński z okresu panowania Jana Kazimierza Wazy. Władca ten zapisał się w pamięci potomnych emisją niesławnych tymfów, czyli niepełnowartościowych złotówek, oraz szelągów miedzianych Boratiniego (boratynek). Były to nie dość, że podłe, to jeszcze w dodatku brzydkie monety, bite w wielkim pośpiechu w milionach sztuk. Orty koronne z tego okresu również nie należą do szczególnie udanych (choć niektóre typy rysunkowe mogą cieszyć oko). Natomiast orty Gdańska i Torunia - przynajmniej wcześniejsze - odznaczają się wspaniałą urodą i nawiązują wzorniczo do najlepszych barokowych wzorców. Od dawna nosiłem się z zamiarem nabycia orta toruńskiego. Gdański będzie musiał poczekać. Nie nastawiam się natomiast na zdobycie elbląskiego, podobnie jak dowolnych talarów (o monecie złotej nawet nie wspominając). Wszystko to jest już i pozostanie poza moim zasięgiem.

Orty toruńskie z epoki Jana Kazimierza są moim zdaniem niezmiernie interesujące. Bito je od 1650 do 1655 (z przerwą w 1652) oraz od 1659 do 1668 roku. Pierwsza seria emisji odznaczała się wyjątkowo pięknymi wizerunkami. W późniejszym okresie rytownicy stempli najwyraźniej działali już w zbyt dużym pośpiechu i wizerunki uległy pewnemu uproszczeniu (polecam zapoznanie się z historią aukcji na www.wcn.pl i porównanie). Z owych pierwszych sześciu lat emisji szczególnie te z 1650 i 1651 są bardzo rzadkie.

Choć koncepcja monet pozostawała niezmienna - wizerunek króla zwróconego w prawo w zamkniętej koronie, barokowej peruce i z orderem złotego runa na awersie oraz herb Torunia na rewersie - występowały liczne odmiany rysunkowe. W samym roku 1655 poza tą widoczną na zdjęciach zdarzały się awersy z inaczej przedstawionym fryzem na królewskiej głowie oraz innym wyglądem twarzy (prezentowany tutaj jest stosunkowo korzystny na tle pozostałych). Inaczej też wygląły niektóre odmiany rewersu. Mury miejskie w herbie - tak jak to często bywało w latach 1660-tych - ryto w niektórych odmianach w ten sposób, że wypukłe były kontury, a nie ich wypełnienie.


Awers: Jan Kazimierz z Bożej Łaski Król Polski
i Szwecji [!] Wielki Książę Litwy Rusi Prus


Rewers: Moneta Nowa Miasta Torunia (18 [groszy])


Po bokach tarczy herbowej miasta widnieją znaki mincerskie HI-L zastępcy dzierżawcy mennicy, Hansa Jakuba Lauera. Był on bratem zarządcy, Hansa Dawida Lauera, stawiającego swoje inicjały HD-L. Hans Dawid dzierżawił mennicę toruńską w latach 1649-1669. Znaki Hansa Jakuba pojawiają się na ortach w roku 1655, zaś na dukatach - w latach 1653-55.

Moneta posiada typowe dla tego okresu liczne i poważne defekty mennicze. Rewers został wybity częściowo wykruszonym stemplem. Widać to dobrze po prawej stronie - piątki w dacie są ledwie czytelne. Moneta jest tłoczona, a przez to lekko "jajowata". Na lepszy stan zachowania i jakość bicia nigdy nie mógłbym sobie pozwolić, zresztą w historii aukcji WCN sztuki mennicze i idealnie wybite praktycznie nie występują. Prezentowana i tak jest w stanie ponadprzeciętnym.

Jeśli chodzi o dane metryczne, emisje z lat 1650-1655 odznaczały się wysoką, 14-łutową próbą (0,875) srebra i ważyły średnio 5,61 g. W latach 1659-1668 zwiększono wagę do 6,31 g, ale wyraźnie obniżono próbę - do 10 łutów (0,625). Katalogowa średnica monety to 30 mm.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół - nominał. Nadal jest to 18 groszy. Problem w tym, że talar nie równał się już w rozpatrywanym okresie 72 groszom. W ordynacji menniczej z 1650 r. potwierdzono kurs grubej monety srebrnej na poziomie 90 groszy. Oznaczało to de facto, że ort przestawał być monetą ćwierćtalarową - inaczej niż w epoce gdańskich emisji za Zygmunta III, gdy stopniowe podrożenie talara z 40 do 72 groszy poskutkowało wzrostem (opóźnionym) nominału ortów z 10 do 18 groszy (być może przejściowo do 16 - niektórzy badacze, jak np. H. Radzikowski, twierdzą, że "16" na awersach ortów gdańskich z późnych emisji za Zygmunta III oznacza nie pierwszy człon daty, a nominał). Jest to wstęp do dalszego podlenia ortów, które w epoce saskiej staną się praktycznie tożsame z tymfami (podwartościowymi złotówkami, wprowadzonymi po raz pierwszy z inicjatywy Andrzeja Tymfa w epoce króla Jana Kazimierza).