poniedziałek, 6 lutego 2017

Trojak koronny 1598 Wschowa

O mennicy wschowskiej nie pisałem tutaj od końca 2011 roku. Ostatnio w moje ręce wpadł trojaczek wybity w tym zakładzie w 1598 r. Jest to najrzadszy okaz monety tego typu, który przewinął się dotychczas przez mój zbiór - według Tadeusza Igera posiada stopień rzadkości R3. Kilka zdań o tym ośrodku menniczym napisałem już swego czasu tutaj. Żeby jednak nie zmuszać czytelnika do przeglądania innych postów, wynotuję tu kilka podstawowych faktów, bazując na dość skromnych informacjach zawartych w katalogu Igera. Położona na Ziemi Lubuskiej, będąca obecnie niewielkim (około 15 tysięcy mieszkańców) miastem, Wschowa otrzymała prawo do bicia własnej monety już od Kazimierza Wielkiego, a Władysław Jagiełło ustanowił tu nawet zakład bijący monety koronne.

Po raz kolejny państwowa mennica podjęła działalność we Wschowie właśnie za panowania Zygmunta III w latach 1590., na fali rekordowej w naszej historii intensywności mennictwa, której efektem był, między innymi, kilkuletni epizod menniczy Lublina. Trojaki bito w mennicy wschowskiej nieprzerwanie od 1594 do 1601 r., kiedy zamknięto ją tak jak inne mennice na obszarze Rzeczypospolitej, poza zakładem krakowskim. Później koronny pieniądz będzie w niej bity jeszcze w czasie panowania Jana Kazimierza Wazy. Orty wschowskie z tego okresu to chyba najbardziej charakterystyczne i rozpoznawalne numizmaty bite w tym mieście. Poniżej zaś widzimy trojaka z 1598 r.

AWERS: ZYGMUNT III Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITWESKI


GROSZ SREBRNY POTRÓJNY KRÓLESTWA POLSKIEGO 1598


Pomimo dość szczegółowego wizerunku króla, moneta nie prezentuje zbyt wysokiego poziomu technicznego; rzuca się w oczy zwłaszcza ubytek na ósmej godzinie awersu będący wynikiem bicia na krążku z końca blachy. Chronologicznie jest to najprawdopodobniej (tak przynajmniej sugeruje kolejność w katalogu Igera) ostatni typ rewersu, na którym nie ma jeszcze literki "F" (od "Fraustadt", czyli niemieckiej nazwy miasta) - pojawi się ona tam niebawem jeszcze w tym samym roku na mocy uchwały Sejmu. Na razie u dołu rewersu widzimy herb Lewart podskarbiego wielkiego koronnego Jana Firleja otoczony literami HK i K. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czemu akurat takie litery tam się znalazły. Naczelny dzierżawca mennicy, Herman Rudiger, umieszczał na niej litery HR (w ligaturze) i K. W tym jednym typie zamiast "R" mamy "K". Być może to błąd rytownika stempla, użycie niewłaściwej puncy? Nie znalazłem w mojej skromnej literaturze poświęconej mennictwu Wschowy odpowiedzi na to pytanie. Monetka waży 2,14g, w katalogu Igera sklasyfikowana jest jako pozycja W.98.3.b R3.

niedziela, 18 września 2016

Ort gdański 1621

Moje skromne trofeum z ostatniej stacjonarnej (choć prowadzonej drogą elektroniczną) aukcji WCN to ort gdański z nieco rzadszego, ale i chyba mniej popularnego wśród kolekcjonerów rocznika 1621. Na awersie widnieje trzeci i zarazem przedostatni typ rysunkowy ćwierćtalarów gdańskich z okresu panowania Zygmunta III, wprowadzony w 1618 r. Jak już wiemy między innymi z tego wpisu, w roku następnym emisja tych monet zostanie wstrzymana, zaś od 1623 r. bite będą raczej mniej kunsztowne i ze srebra gorszej próby (0,688 przy wadze 7,21g zamiast dotychczasowej 0,844 przy wadze 6,73g) orty potocznie przez kolekcjonerów nazywane "kipperowymi". Poniżej widzimy przyzwoicie zachowany egzemplarz wybity w 1621 r., sygnowany na rewersie przez Stanisława Bermana, zarządcę mennicy gdańskiej od 1618 r. Gdyby nie wykruszenie stempla w dolnej połowie awersu, numizmat prezentowałby się znacznie korzystniej. Najważniejszy jednak dla mnie wizerunek króla jest do zaakceptowania, ciesząc oko sporą liczbą detali.

AWERS: ZYGMUNT III Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITWY RUSI PRUS


REWERS: MONETA MIASTA GDAŃSKA 1621


Wysoki poziom artystyczny bitych najnowocześniejszą technologią epoki (z wykorzystaniem walców Hansa Suppela) ortów, jak również ich bardzo duże nakłady, dzięki którym zachowała się do naszych czasów znaczna liczba egzemplarzy - nieraz bardzo dobrze zachowanych - to dowody gospodarczego znaczenia Gdańska na przełomie XVI i XVII wieku. Nie należy jednak zapominać, że handel bałtycki stanowił element szerszego systemu gospodarczego ukształtowanego na ziemiach polskich, który ostatecznie pogrążył ekonomicznie - a w efekcie również politycznie - Rzeczpospolitą, wpuszczając ją w ślepą uliczkę rozwojową i pozwalając na hegemonię wąskiej klasy panującej, która podporządkowała sobie władzę królewską. W ramach tego systemu nasze ziemie dostarczały na rynki Europy Zachodniej nisko przetworzone towary, w tym głównie zboża, importując luksusowe dobra nabywane przez bogatą szlachtę i magnaterię. Pośrednikami w wymianie gospodarczej, która odbywała się z wykorzystaniem portu w Gdańsku, byli niderlandzcy kupcy - polskim mieszczanom zabroniono prowadzenia handlu międzynarodowego. Właściciele wielkopowierzchniowych folwarków mogli liczyć na tak nieograniczone zasoby ziemi i darmowej siły roboczej chłopów pańszczyźnianych, że nawet nie dbali specjalnie o ceny, za jakie sprzedawali zboże - ustalano je z góry na następny rok. Nieco więcej o strukturalnych słabościach Rzeczypospolitej Obojga Narodów napisałem zeszłej jesieni w tym poście.

Odnośnie siły nabywczej prezentowanej monety, bitej w liczbie 30 sztuk z grzywny menniczej wagi krakowskiej (201,8g), i równej osiemnastu groszom, trzem szóstakom, sześciu trojakom, dwunastu półtorakom lub 54 szelągom: w Gdańsku w dekadzie, z której pochodzi nasz ort, tygodniówka czeladnika w rzemiośle tekstylnym wynosiła od około trzech ortów i szóstaka do dziesięciu ortów. W dziesięcioleciu wcześniejszym za jednego orta można byłoby nabyć w nadbałtyckim porcie od sześciu do dziewięciu funtów słoniny (ok. 3-4,5kg). Garniec masła (około siedmiu litrów) stanowił już znacznie większy wydatek, na który trzeba by poświęcić od pięciu do prawie dziewięciu ortów. Za parę najtańszych zwykłych butów należał się jeden ort minus trojak reszty, za najdroższe zaś cztery orty i osiem groszy. Wyliczenia tradycyjnie już za J. A. Szwagrzykiem.

czwartek, 15 września 2016

Drachma z Efezu 202-150 p. Chr.

Dzisiejszy wpis należy do tych jedynie luźno związanych z tematyką bloga. Raz na jakiś czas pozwalam sobie wylicytować za granicą jakąś niezbyt drogą monetę wybitą w starożytnej Grecji. Mennictwo tego regionu antycznego świata jest moim zdaniem szczególnie ciekawe - aż szkoda, że w Polsce spotyka się z małym zainteresowaniem, ustępując znacznie łatwiej dostępnym monetom imperium rzymskiego. Różnorodność pieniądza starożytnej Grecji jest imponująca, odzwierciedlając mnogość politycznych bytów ulokowanych w basenie Morza Egejskiego w czasach antycznych - o dalej położonych koloniach nie wspominając - i zmienne losy poszczególnych polis, toczących wojny tak między sobą, jak i z zewnętrznymi najeźdźcami. Przedstawień na monetach mamy całe mnóstwo: różne gatunki fauny i flory, postaci mitologicznych, przedmiotów. Po ateńskiej tetradrachmie z czasów Peryklesa i nieco późniejszym nomosie (odpowiedniku didrachmy) z Metapontu w południowej Italii przyszedł czas na jeszcze drobniejszą monetkę, podobnie jak wymienione wybitą w srebrze: drachmę z Efezu, pamiętającą pierwszą połowę drugiego stulecia przed Chrystusem. Oto jej zdjęcia w znacznym powiększeniu (numizmat osiąga niespełna 18mm):

AWERS: Ε - Φ


REWERS: ΑΥΤΟΜΕΔΩΝ


Efez był ważnym ośrodkiem starożytnej Jonii, położonym przy ujściu rzeki Kaystros do Morza Egejskiego. Dzisiaj to oczywiście zachodnie wybrzeże Turcji. Blisko stąd do innej starożytnej krainy - Lydii, której przypisuje się wynalazek monety w VII w. p. Chr. Z miastem związana jest postać filozofa Heraklita. Według legendy miała tutaj spędzić ostatnie lata ziemskiego życia Maria z Nazaretu, a wraz z Nią św. Jan ewangelista. Jej osobie zostały zresztą później poświęcone obrady soboru efeskiego w 431 r. Miasto odwiedzał św. Paweł, który miał nawet zatarg z miejscowymi rzemieślnikami, pikietującymi podczas głoszenia nauk. Wszystko przez spadek zamówień związanych z lokalnym kultem Artemidy. W ten sposób dotarliśmy do tematu wyobrażeń na monecie. Są one związane właśnie z uznawaną za opiekunkę miasta boginią. Stąd na awersie przypisywana jej pszczoła (kapłanki świątyni Artemidy nazywane były pszczółkami), na rewersie natomiast palma, pod którą miała się urodzić, oraz inny jeszcze jej symbol - jeleń.

Ciekawostką jest wybijanie na rewersach monet efeskich imion urzędników (sędziów?) nadzorujących emisje w kolejnych latach. Stąd znaczna różnorodność - można to tak chyba określić - typów napisowych tych numizmatów. Na przedstawionym wyżej swoje imię umieścić kazał niejaki Automedon.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Grosz litewski na stopę polską Zygmunta II 1568

W moim tyleż różnorodnym, co chaotycznym zbiorze monet niewiele jest wyrobów menniczych z okresu panowania Zygmunta II Augusta. Ostatni raz pokazywałem tutaj okazy z tej epoki przeszło trzy lata temu. Tymczasem mennictwo ostatniego Jagiellona na tronie Rzeczypospolitej jest bardzo interesujące i specyficzne. Wyróżnia je przede wszystkim brak monet koronnych - bicie państwowego pieniądza zostało przeniesione na Litwę. Równolegle miały miejsce emisje miejskie w Gdańsku, Elblągu oraz Wschowie. Pojawiły się interesujące nowe nominały: czworaki, dwugrosze, dwudenary, okazałe pół- i ćwierćkopki, a nawet obca moneta kontrasygnowana (patakony neapolitańskie). W tym samym okresie ewoluuje wygląd trojaków: początkowo zachowany jest ich układ ustalony za panowania Zygmunta Starego, później jednak portret króla na awersie zostaje zastąpiony jego monogramem, a zamiast napisu wierszowego na rewersie widzimy dużą tarczę z Pogonią wraz z legendą otokową (można to zobaczyć tutaj). Ciekawym epizodem stało się również dobijanie monet w ulokowanych w Tykocinie (na Podlasiu - obecnie w powiecie białostockim) dobrach królewskich, gdzie mieścił się między innymi okazały skarbiec Zygmunta Augusta. Tę dodatkową produkcję nie zawsze można wyodrębnić w stosunku do prowadzonej w Wilnie. Między innymi trwają spekulacje, w której mennicy wybito słynne trojaki "Qui habitat...".

To zresztą nie wszystkie wyróżniki pieniądza z czasów Zygmunta II. Dzisiaj prezentuję grosz, który - choć bity na Litwie - stopą menniczą odpowiada pieniądzom koronnym, zawierającym mniej srebra niż analogiczne nominały monet litewskich. Katalogowo powinien ważyć 2,06g i posiadać próbę 0,375, podczas gdy masa według stopy litewskiej to 2,50g przy tej samej próbie - używając języka ordynacji menniczych, z grzywny krakowskiej (ok. 198 g) srebra próby sześciołutowej wybijano 96 groszy na stopę polską lub 79 na litewską. Oznacza to o blisko jedną piątą mniejszą wagę czystego kruszcu w pieniądzu koronnym. Taka była konsekwencja niezrealizowanego w pełni przedsięwzięcia, jakim było scalanie systemów pieniężnych funkcjonujących na ziemiach Rzeczypospolitej przez dwóch ostatnich Jagiellonów. Uda się to dopiero Stefanowi Batoremu, dzięki ordynacji menniczej z 1580 r. Oto mój nowy, niezbyt efektowny nabytek do kolekcji:

AWERS: ZYGMUNT AUGUST KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI


REWERS: MONETA WIELKIEGO KSIĘSTWA LITEWSKIEGO


Moneta, mimo że nie za bardzo urodziwa, może budzić zainteresowanie pewnymi detalami. Można powiedzieć, że jest dziwna tak jak mennictwo Zygmunta II. Mnie osobiście rzuca się w oczy brak odwołania do Boga w tytulaturze na awersie. Również układ legendy jest specyficzny: połączenie napisu otokowego z wierszowym. Trudno powiedzieć, czy był to zabieg celowy, czy też po prostu rytownikowi stempla zabrakło miejsca w otoku, i tak już postanowiono zagospodarowywać stronę z wizerunkiem króla. Ten ostatni zresztą przywodzi na myśl portret monarchy z czworaków. Na rewersie nie widać już nic szokującego: Pogoń wypełnia całe środkowe pole, zaś jego obwódkę u dołu przerywają: monogram królewski oraz Słupy Giedymina.

Inna rzecz mnie niepokoi w tej monecie (i wcale nie jest to wygląd awersu, na moje niewprawne oko sugerujący, że musiała być czyszczona). WCN opisało ją, odwołując się do pozycji 3287 w skorowidzu Kopickiego, jako wybitą w... Tykocinie. Ten sprzedawca zresztą niemal zawsze, gdy wystawia do licytacji grosze na stopę polską z "czworakowym" wizerunkiem króla, wskazuje właśnie na ten zakład, do wileńskich emisji kwalifikując monety z portretem, na którym król ma krótką brodę. Tymczasem, o ile dobrze interpretuję katalog Kopickiego, nic nie wspomina się o Tykocinie w odniesieniu do pozycji 3287. Radzikowski w swoim atlasie monet polskich i litewskich zaznaczył, że wybite w podlaskim miasteczku grosze mają u dołu rewersu, obok monogramu królewskiego, herb Jastrzębiec (krzyż wpisany w podkowę) - to ich znak rozpoznawczy. Czyżby jeden z czołowych sprzedawców na polskim rynku numizmatycznym od dłuższego czasu się mylił, czy też może ja źle interpretuję, zdawałoby się proste, opisy w katalogach? Mimo wszystko zakładam, że prezentowany wyżej grosz został wybity w Wilnie.

Jaką siłę nabywczą posiadał taki grosik w XVI wieku? Jak można się domyślać, nieporównywalnie większą, niż dzisiejsza polska moneta o tej nazwie. J. A. Szwagrzyk w swojej książce podaje, że w Łowiczu za jeden - dwa grosze można było kupić bochenek chleba. W Gdańsku kilogram mąki był do nabycia za kwotę od trzech denarów do jednego grosza i jednego ternara, a więc można było nabyć niekiedy nawet sześć kilogramów za prezentowaną tu monetę. Mięso było oczywiście droższe: ćwiartka wołu w Krakowie oznaczała wydatek od 22 do 55 groszy. Kto z kolei chciał mieć własną krowę mleczną, w Pasłęku musiałby przynieść na rynek sakiewkę ze 120 - 160 groszami, choć dla wygody na pewno posługiwano się wyższymi nominałami. Trzewiki w Krakowie były warte od czterech do dwunastu groszy, lniana męska koszula - od pięciu do ośmiu. Tymczasem dniówka robotnika niewykwalifikowanego w Gdańsku wynosiła od jednego grosza i sześciu denarów (1 1/3 gr) do trzech groszy i sześciu denarów (3 1/3 gr), zaś mistrza murarskiego w Krakowie - jednego trojaka i dziewięć denarów (3 1/2 gr).

wtorek, 28 czerwca 2016

Trojak koronny Zygmunta III Poznań 1596

Po serii przegranych licytacji, nieco zniechęcony zarówno swoimi porażkami, jak i zjawiskami występującymi na naszym numizmatycznym rynku (masowy wysyp sztucznie moim zdaniem barwionych trojaków Zygmunta III, "łagodne" ocenianie stanów zachowania monet przez renomowanych sprzedawców, irracjonalne pompowanie cen zwłaszcza na aukcjach stacjonarnych), zdecydowałem się wreszcie na wzbogacenie zbioru o nową pozycję. Dysponując niewielkim budżetem, powalczyłem o pospolitego trojaka koronnego wybitego w mennicy poznańskiej w 1596 r., za panowania pierwszego przedstawiciela dynastii Wazów na tronie Rzeczypospolitej. Stan zachowania również jest raczej przeciętny, choć moneta prezentuje się przyzwoicie - można dać jej mocną "trójkę". W katalogu Igera figuruje pod pozycją P.96.4.a.
Oto i ona:

AWERS: ZYGMUNT III Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI


REWERS: GROSZ SREBRNY POTRÓJNY KRÓLESTWA POLSKIEGO


Na rewersie, obok godeł Korony i Litwy, Snopka Wazów oraz herbu Lewart podskarbiego wielkiego koronnego Jana Firleja wraz z jego inicjałami, znajdujemy jeszcze znak menniczy, którego po wejściu w życie rozporządzenia podskarbiego z 1598 r., ujednolicającego oznaczenia na trzygroszówkach, nie wolno było już wyryć. Jest nim herb Róża w tarczy wraz z inicjałami Hermana Rüdigera, który był zarządcą mennicy poznańskiej i bydgoskiej w latach 1596-91.

Monety wybite w zakładzie poznańskim były już kilkakrotnie prezentowane na tym blogu - zachęcam do lektury poświęconych im wpisów, z których można dowiedzieć się co nieco o tradycjach menniczych stolicy Wielkopolski. Tutaj skrótowo napiszę tylko, że sięgają one XII w. Za panowania Stefana Batorego, w 1584 r., Poznań doczekał się mennicy państwowej. W okresie rządów Zygmunta III bicie trojaków odbywało się w niej nieprzerwanie w latach 1588-1601.

W tym miejscu chciałbym jeszcze napisać kilka słów o kwestii, którą czasami już podejmowałem, a mianowicie aspektach estetycznych monety. Zachęca mnie do tego niedawne ukazanie się interesującej książki autorstwa Witolda Garbaczewskiego, wydanej z okazji jubileuszowej aukcji WCN, a zatytułowanej "Piękno monety polskiej". Zawarto w niej ciekawy opis korespondencji z 1578 r., w której znalazła się prośba o rychłe dostarczenie portretu Stefana Batorego w celu prawidłowego ukazania jego wizerunku na talarach, które miały zostać wybite w Olkuszu. Wiadomo również, że podobizna króla była wysyłana do Krakowa w celu jej zaakceptowania. Niewątpliwie prawidłowe ukazanie portretu monarchy było istotną kwestią, stąd pilna potrzeba uzyskania odpowiedniego wzorca, która nie zawsze mogła być natychmiast zaspokojona. Zazwyczaj widać dbałość o odwzorowanie szczegółów wyglądu króla Stefana nawet na stosunkowo drobnych monetach - zwłaszcza charakterystyczny układ owłosionych brodawek. Zresztą wobec niedoskonałości narzędzi rytowniczych, a niekiedy również niedostatku umiejętności rytownika stempla, musiał być to ważny środek służący nadaniu wizerunkowi jako takiego, choćby umownego, podobieństwa do faktycznego wyglądu.

Za panowania Zygmunta III, przy ogromnej produkcji menniczej licznych ośrodków, sytuacja ewidentnie wymknęła się spod kontroli. Obok bardzo korzystnych wizerunków, które wyszły spod ręki biegłych rytowników, pojawiały się wręcz cudaczne portrety (choć trzeba sprawiedliwie przyznać, że nawet na najgorszych starano się przedstawić wąsy i charakterystyczną, spiczastą bródkę). Najbardziej "radosne" przejawy ludowej twórczości można przypisać chyba niektórym emisjom lubelskim. Trojaki poznańskie charakteryzowały się bardzo dużą zmiennością wizerunków. Na awersie pierwszych egzemplarzy wybitych w 1588 r. dostrzec można podobieństwo królewskiej podobizny do portretu z monet poprzedniego monarchy - prawdopodobnie pracownicy mennicy nie otrzymali w porę wizerunku i użyć musieli "imaginacyi". Co można powiedzieć o prezentowanej wyżej odmianie graficznej? Na pewno nie jest to "pierwsza liga". Nie razi pokracznością, ale też daleko jej do najlepszych wizerunków Zygmunta III Wazy na trojakach. Rytownik stempla był solidnym, wyuczonym w swoim fachu rzemieślnikiem, choć z całą pewnością nie miał żyłki artysty.


***

A oto podsumowanie ostatniej ankiety. Pytanie brzmiało: "Jaki jest najważniejszy powód, dla którego zbierasz monety historyczne?". Odpowiedzi uczestników sondy wyglądały następująco:
Historia jest moją pasją - 36 głosów (48%)
Mam żyłkę kolekcjonera - 18 głosów (24%)
Są piękne - 12 głosów (16%)
Są cenne, mój zbiór jest też lokatą - 5 głosów (6%)
Są rzadkie i trudne do zdobycia - 1 głos (1%)
Inny powód - 1 głos (1%)
Nie zbieram monet historycznych - 2 głosy (2%)
Łącznie - 75 głosów. Wkrótce nowa ankieta!

piątek, 4 marca 2016

Trojak koronny Stanisława Augusta 1766

W poprzednim poście obszernie pisałem o czynnikach, które uczyniły z Rzeczypospolitej Obojga Narodów niedorozwinięty gospodarczo kraj pozbawiony silnego szkieletu w postaci wydolnej władzy centralnej. Dzisiaj będzie mniej historii gospodarczej i politycznej; wspomnę tylko, że znajdziemy się w punkcie naszych dziejów, w którym raczej nie było już żadnych szans na odwrócenie fatalnego biegu wypadków. Epoka saska ostatecznie przypieczętowała rozkład państwa polsko-litewskiego. Projekt kolonizacji Ukrainy już dawno załamał się, mimo że Korona posiadała jeszcze znaczne jej tereny na zachód od Dniepru. Jednak - parafrazując slogan z popularnej reklamy - to rosyjski projekt kolonialny, zwrócony oczywiście w przeciwnym geograficznie kierunku, był teraz "Sprite", nabierając impetu. Państwa ościenne coraz silniej ingerowały w bieg wydarzeń politycznych Korony i Litwy. Królowie Prus bezkarnie szmuglowali na nasze tereny fałszywą monetę, podczas gdy co wartościowszy pieniądz Rzeczypospolitej uciekał za granicę. Mimo tej fatalnej sytuacji, ostatni etap istnienia państwa miał być okresem gospodarczego ożywienia, a także przebudzenia części elit, dostrzegających jego dysfunkcje, którzy podjęli wysiłek reform, częściowo zrealizowanych. Sarmatyzm pozostawał jednak silnym prądem umysłowym - Jan Sowa we wspominanej w poprzednim wpisie książce cytuje zabawne teksty apologetów szlachecko-magnackiej oligarchii, którzy na niewiele lat przed ostatecznym jej upadkiem byli święcie przekonani o wyższości naszego ustroju nad sposobem, w jaki funkcjonowały państwa zachodniej Europy.

Nie będę tutaj rozwodził się na temat różnych aspektów reform stanisławowskich, nie podejmę również kwestii politycznych uwikłań ostatniego władcy Rzeczypospolitej, przez które w świadomości wielu osób jest on zdrajcą narodowym. Skupię się na pieniądzu. Jak wiemy, w epoce saskiej bito monetę praktycznie tylko w mennicach na terenie Saksonii. Sporadyczne emisje podejmowały miasta. W kraju brakowało pieniądza - dla współczesnego numizmatyka jest to nie tylko przykry fakt historyczny, świadczący o słabości gospodarki państwa, ale również jedna z przyczyn, dla których tak mało mamy dobrze zachowanych i pięknych monet z drugiej połowy XVII i pierwszej połowy XVIII wieku (zawsze uderza mnie ubóstwo cechujące drobną i średnią monetę Jana III Sobieskiego, uznawanego przecież za wybitnego władcę). A przecież właśnie przełom tych stuleci, faza przejściowa między barokiem i klasycyzmem w sztuce, obfitował na Zachodzie w przepiękne wyroby mennicze. Widać to również po naszych, niestety nieosiągalnych dla przeciętnego kolekcjonera, monetach grubych i medalach okolicznościowych. Niestety, folwarczno-pańszczyźniana, w niewielkim stopniu utowarowiona gospodarka Rzeczypospolitej - w której miliony chłopów były zaopatrywane w podstawowe usługi i produkty przez lokalnych magnatów, a miasta ledwie dyszały - nie potrzebowała dużo pieniądza (aczkolwiek, jak już wspomniałem, i tak było go w obiegu zbyt mało). Epoka stanisławowska zastała więc rynek pieniężny wydrenowany, z dużą ilością podłego, a nieraz i fałszywego pieniądza obcego. Na ziemiach Polski i Litwy obiegały w dalszym ciągu nawet boratynki (podłe szelągi miedziane o masie znacznie zaniżonej w stosunku do wartości nominalnej) i tymfy (niepełnowartościowe złotówki srebrne) z epoki Jana Kazimierza Wazy(!).

Dlatego zmiany, do których zobowiązał nowego króla sejm konwokacyjny w związku z podjętą uchwałą "O mennicy i monecie", miały charakter wręcz rewolucyjny. Zaprojektowano w znacznej mierze od nowa system pieniężny, w którym przyjęto za podstawę do bicia monet srebrnych grzywnę kolońską (233,8g), zaś dla monet miedzianych funt koloński (467g). Ustalono, że złotówka będzie równać się wartością czterem groszom srebrnym lub trzydziestu miedzianym. Wprowadzono relację wartości złota do srebra na poziomie 1:14,27. Wkrótce okazało się jednak, że srebro było przewartościowane, co skutkowało niemal do końca istnienia państwa "wykrwawianiem się" naszego rynku pieniężnego - większość pięknych monet srebrnych wywożono za granicę, gdzie można było za nie nabyć więcej złota. Mimo słabości państwa i niewydolności systemu instytucji odpowiedzialnych za pobór podatków i dbanie o skarb państwa, udało się w 1766 r. uruchomić kantory skarbowe w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Kamieńcu, Zamościu, Dubnie, Brodach, Dybowie i Puławach. Wymieniały one stare i obce monety na nowo emitowane. Jeden nowy grosz sprzedawano za cztery boratynki.

Emisją monet miedzianych - groszy i ich wielokrotności - zajęła się mennica krakowska, podczas gdy warszawskiej powierzono bicie monety srebrnej. Wprowadzono pełnowartościową, dość okazałą i estetyczną monetę miedzianą, której przykład - trojaka z 1766 r. - prezentuję poniżej. To mój nowy nabytek, wylicytowany na ostatniej aukcji WCN. Monety trzygroszowe o takim wizerunku, przedstawiającym króla w zbroi z orderem Orła Białego, bito tylko w latach 1765-66.

Aw: STANISŁAW AUGUST Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITWY


Rw: GROSZ POLSKI POTRÓJNY 1766


Na awersie widzimy bardzo dopracowany wizerunek królewski, podczas gdy rewers zdobi ukoronowana pięciopolowa tarcza ze zdwojonymi godłami Korony i Litwy oraz herbem Ciołek Poniatowskich. Skrót "G" pod tarczą odnosi się do barona Gartenberga, zarządcy mennicy. Moneta figuruje w katalogu Igera pod pozycją K.66.1 i posiada stopień rzadkości R1. Katalogowo waży 11,69g, a jej średnica wynosi 26mm.

W 1768 r. mennica krakowska została zajęta i złupiona przez konfederatów barskich. Skutkiem tego była jej likwidacja - urządzenia mennicze spławiono Wisłą do Warszawy, gdzie przejął je zakład stołeczny. W ten sposób zakończył się wielowiekowy okres aktywności menniczej Krakowa, za którego początki przyjmuje się panowanie Bolesława Śmiałego. W następnych latach podejmowano jeszcze próby usprawnienia systemu pieniężnego, niestety - jak już wyżej wspomniałem - bez większych skutków.

sobota, 5 grudnia 2015

Kopiejka Władysława Zygmuntowicza Wazy

Po długiej wirtualnej nieobecności powracam z moim nowym, dość nietypowym nabytkiem. Motywem nabycia tej monetki do kolekcji nie była - jak może ktoś mógłby sobie pomyśleć - chęć posiadania numizmatu w jakikolwiek sposób związanego z postacią Władysława IV Wazy. Owszem, z moim budżetem nie mam nawet co marzyć o licytowaniu na aukcjach wspaniałych monet talarowych czy dukatowych, które jako jedyne były bite za jego panowania w mennicach Rzeczypospolitej, w związku z uchwałą sejmową zakazującą bicia monety drobnej. Jednak moja chęć zapoznania się z tym numizmatycznym kuriozum (być może trochę przesadzam - są w naszej historii monety zdecydowanie bardziej osobliwe, jak choćby te z napisami hebrajskimi z okresu rozbicia dzielnicowego) wynikła z czegoś zupełnie innego.

Jakiś czas temu na jednym z forów kolekcjonerskich ktoś zamieścił wzmiankę o tzw. hołdzie ruskim z 1611 r., oceniając, że jest to ważne i pozytywne wydarzenie w naszej historii: oto wielka Ruś musiała ukorzyć się przed polskim władcą, kiedy Wazowie, wykorzystując zamęt nazywany okresem Wielkiej Smuty, zajęli w 1610 r. Moskwę i osadzili na tronie księcia Władysława. Ja zaoponowałem, wskazując na negatywne strony tego wydarzenia. Po pierwsze, skutkowało niechęcią Rosjan do nas, która niewątpliwie oddziaływała (oddziałuje?) przez długi czas po tym, jak w 1613 r. zamęt w państwie moskiewskim dobiegł końca. Drugi mój argument związany był z interpretacją polityczno-gospodarczej historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tak jak chyba najpełniej wyłożył ją w swojej książce pt. "Fantomowe ciało króla" Jan Sowa. W świetle ustaleń licznych historyków, na których ten autor się powołuje, można uznać zajęcie Moskwy za przejaw niekorzystnej tendencji, jaką była ekspansja Rzeczypospolitej w kierunku wschodnim, którą z kolei można uzasadniać fatalnym kierunkiem polityki ekonomicznej, jaką obrało nasze państwo (a ściśle dominująca w nim politycznie grupa ludności) właściwie już w końcu XV w. Najkrócej, kierunek ten polegał na oparciu naszej gospodarki na produkcji płodów rolnych, głównie zbóż, oraz podstawowych surowców takich jak drewno, i sprzedawaniu ich za pośrednictwem portu gdańskiego oraz niderlandzkich kupców na Zachód. Sprawa jest dość powszechnie znana, jednak wydaje mi się, że wiele osób w Polsce po ukończeniu dwunastu klas szkół podstawowych i ponadpodstawowych żyje w przekonaniu, iż jeszcze za Jana III Sobieskiego, bijąc Turków pod Wiedniem, byliśmy nie lada potęgą, a wszystko zepsuło się dopiero później w epoce saskiej. Sowa pokazuje, jak bardzo przyjęty model gospodarczy sabotował nasz rozwój według modelu obranego przez państwa zachodnie, przytaczając bardzo mocne tezy głoszące, iż Rzeczpospolita była de facto gospodarczo kolonią w obrębie tworzącego się światowego systemu gospodarczego, a politycznie - trupem (w wersji ładniejszej: fantomem), i to już od czasu ustanowienia wolnej elekcji. Jako że trochę pokłóciłem się na wspomnianym forum z wyznawcą naiwnej wersji naszej narodowej historii, zachęciło mnie to do uważnej lektury liczącej ponad pięćset stron książki Sowy, a także nabycia i zaprezentowania kopiejki księcia Władysława Zygmuntowicza. Dlatego dzisiejszy wpis będzie miał dwie części: pierwszą, jak zawsze, numizmatyczną oraz drugą, przybliżającą nieco mój pogląd na (bez)sensowność całego przedsięwzięcia, którego owocem jest prezentowany numizmat.

Kopiejki z tytulaturą Władysława Zygmuntowicza Wazy bito w latach 1610-1612 głównie w mennicy w Moskwie, po tym jak w sierpniu 1610 r. zawarto porozumienie między Dumą i polskimi najeźdźcami w sprawie osadzenia na carskim tronie czternastoletniego Władysława. Za Adamem Dylewskim wspomnę, że kopiejki te, bite w srebrze, miały wartością odpowiadać polskiemu półtorakowi (oczywiście jeszcze nie bitemu w postaci fizycznie istniejącej monety, ale wymienianemu już wówczas w dokumentach jako jednostka obrachunkowa). Monetki takie produkowano według starej ruskiej technologii, a mianowicie z odcinanych z drutu srebrnego i rozklepywanych kawałków, przez co - jak widzimy na poniższych zdjęciach - ich kształt daleki był od kolistego. Często nazywa się je zresztą potocznie "łezkami". Dodam, że jeszcze nie miałem w swoim zbiorze tak drobnego numizmatu. Waży zaledwie 0,62g (katalogowo 0,68g), a jego wymiary to ok. 14x11mm. Istna pchełka. Dylewski pisze w swojej książce, że emisja początkowo przebiegała za zgodą Dumy, potem jednak sytuacja zaczęła się komplikować - ostatecznie doszło do obrabowania skarbca przez polską załogę, która zamknęła się na Kremlu, oblężona przez wojsko ruskie. Polski emitent dodatkowo zaniżył wagę i próbę tych monet, co nie zdarzyło się przez wcześniejsze sto lat(!). Kopiejki Władysława bito do maja 1612 r. Oto, jak moneta prezentuje się w znacznym powiększeniu:

AWERS: beznapisowy, wizerunek jeźdźca z włócznią


REWERS: CAR I WIELKIJ KNAZ' WLADISLAW ZIGIMONTOWICZ WSIEJA RUSI


Powyższą tytulaturę przytaczam za Dylewskim "w ciemno", gdyż pomimo znajomości współczesnej cyrylicy nie potrafię doszukać się tego napisu na monecie. Legenda rewersu jest zresztą ewidentnie niekompletna. To tyle w kwestiach numizmatycznych. Przejdźmy zatem do drugiej części, w której postaram się wytłumaczyć, czemu tak bezwzględnie krytykuję politykę Wazów, skutkiem czego na rzeczonym forum zostałem oskarżony o bycie pożytecznym idiotą Putina, sowieckim agentem i frajerem, który nie zauważył, że żyjemy w wolnym kraju i nie musimy przejmować się tym, co inni o nas myślą. Pominę pewien argument, którego użyłem w dyskusji, gdyż jest on silnie subiektywny - mianowicie, że w granicach rozsądku warto być przyzwoitym chyba również na poziomie relacji między narodami. Zbrojnego wkroczenia do Moskwy nie jestem w stanie uznać za przykład wojny sprawiedliwej. Ten dylemat pozostawiam osobistemu osądowi czytelnika. Uważam, że dysponuję znacznie istotniejszymi i obiektywnymi argumentami.

Zacznę od tego, że nie zamierzam wyżywać się na Wazach - przecież zgodnie ze statutami henrykowskimi legalnie mogli oni dysponować armią składającą się z maksymalnie trzech tysięcy żołnierzy(!). Przeciętny magnat posiadał armię stanowiącą wielokrotność tej liczby. Więc jak tu mówić w ogóle o polityce zagranicznej polsko-litewskiego monarchy? W jaki sposób doszło do tej absurdalnej sytuacji, w której król był primus inter pares wśród możnej szlachty, a Radziwiłłowie, Sapiehowie i cała reszta posiadali de facto własne państwa, prowadząc samodzielną politykę, nierzadko sprzeczną z interesami Rzeczypospolitej? Nie można wskazać tu jednoznacznej cezury, gdyż mówimy o długotrwałych procesach, które zepchnęły państwo polsko-litewskie w osobliwą formę niebytu. Można jednak zaryzykować wskazanie pewnych konkretnych wydarzeń, które umożliwiły ów "rozwój niedorozwoju". Taką datą powinien być rok 1466, w którym uzyskaliśmy dostęp do portu w Gdańsku w wyniku wygranej wojny trzynastoletniej. Zapoczątkowało to proces ekonomicznego wzmacniania się zamożnej szlachty (magnaterii), która ostatecznie w kilka dekad wypracowała wyraźną przewagę nad szlachtą średnią, niwecząc szanse na rozwój nowoczesnej monarchii, jaką niósł ze sobą ruch egzekucyjny. Uzyskała bowiem możliwość transportu rzekami zbóż i korzystnej ich sprzedaży na Zachód w gdańskim porcie. Oczywiście nie wzięło się to znikąd: już w konstrukcji feudalizmu, jaki wykształcił się na ziemiach polskich w średniowieczu, tkwiły zalążki późniejszej hegemonii magnatów. Znacznie słabsze zobowiązania wasali wobec seniora (króla) czy zasada dziedziczenia przez nich posiadanych ziemi (własność alodialna zamiast lennej) sprawiły, że szybko znaczniejsza szlachta uzyskała przewagę nad pozostałymi klasami społecznymi, do czego nie doszło na Zachodzie. Mogła więc swobodnie dyktować warunki, na jakich zorganizowano rodzące się nowożytne państwo polskie. Postawiono na najprostsze źródło bogactwa: płody rolne i inne podstawowe surowce, jak na przykład drewno. W krajach na zachód od Łaby możni posiadacze ziemscy nie mieli tak łatwo - musieli uznać ugruntowaną pozycję mieszczan, respektować wolność uzyskaną przez chłopów, a przede wszystkim - pozostawać silnie podporządkowani władzy królewskiej. Nie opłacała im się również produkcja rolna - mniej było ziem pod uprawy, do tego brakowało darmowych rąk chłopów pańszczyźnianych. Odchodzono więc od upraw na rzecz bardziej wydajnej - i pozwalającej na pełniejsze zaspokojenie potrzeb żywieniowych populacji - hodowli. Kto chciał się bogacić, musiał kombinować - stawiano na handel morski, co zaowocowało gospodarczą potęgą najpierw miast północnych Włoch, a potem Portugalii, Niderlandów i Wielkiej Brytanii. Tutaj ciekawostka ważna w kontekście naszych rozważań: czy któryś z tych europejskich, a potem globalnych hegemonów był w swoich rdzennych granicach (o koloniach tutaj nie mówimy, bo to nie jest istotne) ogromnym powierzchniowo państwem "od morza do morza"? Ano właśnie...

Tymczasem na ziemiach Rzeczypospolitej począwszy od przełomu XV i XVI w. można szlachta podporządkowała sobie inne warstwy społeczne, a króla spacyfikowała do tego stopnia, że po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów przestał on być tak naprawdę monarchą w pełnym tego słowa znaczeniu (w tej nieco bardziej skomplikowanej sprawie odsyłam do koncepcji dwóch ciał króla wykładanej w książce Sowy - tutaj napiszę jedynie, że zabrakło "politycznego ciała" króla, tego, które decydowało o potędze, majestacie i ciągłości monarchii; pozostało jedynie ciało fizyczne i śmiertelne). Wracając do kwestii ekonomicznych: wytworzył się fatalny w skutkach model gospodarki - ekstensywny, to znaczy oparty nie na wzroście wydajności, ale angażowaniu coraz większych zasobów. W tym przypadku chodziło o ręce do pracy, stąd drastyczny wzrost ucisku pańszczyźnianego chłopów od XVII w. (skutkującego poważnym spadkiem wydajności rolnictwa), oraz areał ziem uprawnych. Symptomem zaniechania dążenia do intensyfikacji rolnictwa i innych dziedzin gospodarki są statystyki importu towarów: magnaci nabywali na Zachodzie dobra luksusowe służące konsumpcji w "europejskim" stylu, zapominając całkiem o zbędnych z ich perspektywy innowacjach technologicznych, służących przykładowo poprawie efektywności upraw. I tu dochodzimy do problemu, od którego wyszliśmy: ekspansji na wschód. W opisanym wyżej kontekście logicznej - gospodarka o charakterze ekstensywnym tego potrzebowała - ale czy rzeczywiście korzystnej?

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że można szlachta nie podporządkowała sobie reszty społeczeństwa i monarchy. Musiała podzielić się władzą z mieszczaństwem, zamiast - tak jak niestety było naprawdę w naszej historii - tłamsić je, wprowadzając szereg praw ograniczających drastycznie możliwość rozwoju miast, eliminując polskich kupców z obrotu handlowego z Niderlandami (w pewnym momencie prawnie zabroniono im prowadzenia handlu zagranicznego!), samodzielnie w swoich folwarkach prowadząc manufaktury, co sprawiło, że nie mógł powstać odpowiednio chłonny rynek towarów rzemieślniczych, czy wiążąc chłopów z ziemią, co uniemożliwiło ich napływ do miast i tworzenie się, wzorem Zachodu, wczesnego proletariatu. Czy wówczas Rzeczpospolita również parłaby na wschód? Pomijam tu kwestie drugorzędne, takie jak chęć Wazów do nawrócenia Rusi na katolicyzm. Być może w tak zarysowanej wersji historii losy naszej ojczyzny potoczyłyby się inaczej. Być może część szlachty, przy współpracy z mieszczaństwem, zwróciłaby uwagę na perspektywy, jakie otwierała, pogardzana w ramach kultury sarmackiej, żegluga morska? Wtedy może nie zadowolono by się częściowym podporządkowaniem Prus, ale - gdy była taka polityczna okazja w latach 20. XVI w. - ostatecznie zlikwidowano to państwo? Może dzięki rozwojowi handlu morskiego zwrócono by uwagę na zyski, jakie przynosi przemysł manufakturowy i poszlibyśmy szlakiem rozwoju, jaki obrała Szwecja? Powstałby przemysł, wczesny kapitalizm, a ziemie Polski nie stałyby się rolniczą kolonią Europy, co umożliwiłoby nam awans ze statusu tzw. "peryferii" (zgodnie z pojęciami teorii zależności), dostarczających "rdzeniowi" światowego systemu gospodarczego jedynie najmniej przetworzonych, a przez to dających najmniejsze bogactwo, towarów? Wszystko to gdybanie. Chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że istnieją naprawdę ważkie argumenty (w książce Sowy jest ich naturalnie o wiele więcej, niż w tym bardzo skrótowym streszczeniu niektórych jego tez) przemawiające na rzecz opinii, że nie mamy czego świętować wspominając "hołd ruski". Owszem, byliśmy kolosem, ale na glinianych nogach. Dalsze losy Rzeczypospolitej większości z nas są dobrze znane. Upadek państwa polsko-litewskiego nie zaczął się jednak za panowania dynastii Wettinów. Kto nadal mi nie wierzy, niech poczyta książkę Sowy. Jest to naprawdę fascynująca lektura.

piątek, 8 maja 2015

Trojak koronny Zygmunta III Lublin 1598

Po dłuższej przerwie wracam na moment do blogowania. Od ostatniej aukcji stacjonarnej WCN upłynęło już trochę czasu, i być może jakiś czytelnik mógł dojść do wniosku, że skoro nie publikuję nowego posta, to nic nie udało mi się wylicytować. A jednak: mam do zaprezentowania jeden skromny nabytek. Brak czasu nie pozwalał na szybsze zamieszczenie wpisu. Przyznaję, że nie będzie to nic nowego: o mennicy lubelskiej, która przez kilka lat w ostatniej dekadzie XVI w. wybijała trojaki (spośród których wiele typów jest obecnie łatwych do zdobycia) oraz grosze i szóstaki (już nie tak łatwo dostępne dla współczesnych kolekcjonerów) było już na blogu dwukrotnie. Teraz nie mam nic nowego do dodania - wylicytowana monetka to ten sam rocznik, co egzemplarz opisany w tym poście. Tam również znalazła się garść informacji o epizodzie menniczym miasta Lublina, a z resztą informacji na ten temat można zapoznać się tutaj. Przyjrzyjmy się więc zdobytemu numizmatowi.

AWERS: ZYGMUNT III Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI


REWERS: GROSZ SREBRNY POTRÓJNY KRÓLESTWA POLSKIEGO


Monetka od poprzednio prezentowanego egzemplarza z 1598 r. różni się tym, że na rewersie układ oznaczeń menniczych jest w pełni zgodny z rozporządzeniem wprowadzonym w tym roku: widzimy herb Lewart podskarbiego wielkiego koronnego Jana Firleja (zabrakło go z jakichś powodów na tamtej sztuce), po jego lewej stronie literę "L" oznaczającą miasto emisji, po prawej zaś dwie ostatnie cyfry daty. Poza tym typowy napis polowy w trzech liniach, a nad nim godła Korony i Litwy ze Snopkiem Wazów pośrodku; na samej zaś górze nominał.

Numizmat jest ładnie zachowany - według WCN posiada II stopień, z czym można się moim zdaniem zgodzić. Co ważne, pokrywa go raczej naturalna patyna. Liczba intensywnie kolorowych trojaków Zygmunta III na ostatniej aukcji niestety nie zmniejszyła się w porównaniu do kilku poprzednich; nadal trudno dać mi wiarę, że są to wszystko naturalnie barwne monety, więc nawet nie próbuję ich licytować. Ta odmiana (L.98.2a) w katalogu Igera posiada stopień rzadkości R.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Półtorak Zygmunta III 1614

Aukcja elektroniczna 59e WCN-u za nami, a mnie udało się wylicytować jedną, drobną monetkę - półtoraka z 1614 r. Nie jest to taki sobie pierwszy lepszy półtorak, ale najwcześniejsza emisja fizycznego pieniądza o nominale półtora grosza - przeprowadzona kilkanaście lat po tym, jak w taryfie monet obcych Kaspra Rytkiera pod tą nazwą umieszczone zostały grosze niemieckie o nominale 1/24 talara. Monetę tę można już na pierwszy rzut oka odróżnić od wszystkich innych emisji półtoraków koronnych: na awersie, zamiast tarczy pięciopolowej ze zdwojonymi godłami Korony i Litwy oraz herbem snopek Wazów, przedstawiono dużego orła z wpisanym w niego snopkiem. Oto, jak wygląda ten rzadki typ półtoraka:

AWERS: ZYGMUNT III Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI


REWERS: MONETA NOWA KRÓLESTWA POLSKIEGO


Półtoraki, które w drugiej połowie panowania Zygmunta III Wazy zastąpiły grosze w roli podstawowego nominału drobnej monety, stanowiły dość nieoczekiwaną odpowiedź mennic koronnych na szybko udaremnioną akcję emisji groszy, jaką podjął elektor brandenburski Jan Zygmunt w zakładzie w Drezdenku w 1612 r. Bite tam grosze z podłego srebra, z pięciopolową tarczą brandenburską na awersie i jabłkiem panowania na rewersie, z nominałem "24" (oznaczającym 1/24 talara), miały w zamyśle tego władcy trafiać na rynek Rzeczypospolitej. Wydarzenie to wpisywało się w ogólnoeuropejskie tendencje psucia pieniądza, związane z szalejącą inflacją będącą skutkiem rewolucji cen; jej pierwotną przyczynę stanowiło sprowadzanie dużych ilości złota i srebra z Nowego Świata. W chwili, o której teraz piszę, największy zamęt menniczy, zwany epoką obrzynaczy i przetapiaczy (Kipper- und Wipperzeit) miał właśnie nastąpić, czego bezpośrednią przyczyną była wojna trzydziestoletnia. Rzeczpospolita, jako duże państwo o kulejącym aparacie administracyjnym i ciągłych niepokojach wewnętrznych, była szczególnie podatna na przenikanie kiepskiego pieniądza z krajów ościennych, głównie niemieckich, przy jednoczesnej ucieczce stosunkowo dobrej monety rodzimej. Proceder emisji kiepskiego pieniądza imitującego monetę rodzimą, stanowiący formę nielegalnego "eksportu inflacji", nie był niczym nowym. Różni władcy próbowali tego zabiegu, stosunkowo łatwego w dobie powszechnego analfabetyzmu i mało czytelnych dla ich użytkowników systemów monetarnych opartych na pieniądzu kruszcowym: wystarczy wspomnieć półgroszki świdnickie Ludwika Jagiellończyka emitowane w latach 20. XVI w. Chociaż skłoniły one Zygmunta I do przeprowadzenia gruntownej reformy menniczej, która dała początek nowoczesnemu systemowi pieniężnemu Rzeczypospolitej, sporo czasu zajęło ich "uprzątnięcie" z obiegu, zwłaszcza że miały tendencję do wędrowania na wschód. Wróćmy jednak do dzisiejszego tematu. Napływ groszy Jana Zygmunta, dzięki polskim naciskom, udało się szybko powstrzymać. Jednocześnie mennica bydgoska, a zaraz po niej krakowska, odpowiedziała emisją półtoraków, od początku bitych w marnym srebrze próby 0,469 i lekkich (1,58g), a także - co widać na powyższym zdjęciu - niezbyt starannie wykonanych, i to pomimo użycia techniki walcowej (podobnie jak, między innymi, w przypadku ortów gdańskich).

Celem emisji była obsługa rynku pieniężnego głównie na obszarach przygranicznych. Półtoraki dość dobrze zadomowiły się w systemie menniczym Rzeczypospolitej, a ich emisje, choć nieregularne, występowały jeszcze w XVIII w. za panowania Sasów. Niemal przed rokiem publikowałem zresztą post poświęcony temu typowi monety z panowania Jana Kazimierza - mimo upływu niespełna pięćdziesięciu lat nominał na tamtym półtoraku to już 1/60 talara, co pokazuje skalę inflacji monety drobnej. Półtoraki znalazły swoje naśladownictwa w krajach ościennych - m.in. zaczął je bić wspomniany już Jan Zygmunt, po tym jak został księciem pruskim. Stosunkowo starannie wykonywane były stemple półtoragroszówek Rygi, bitych przez to miasto również po dostaniu się pod panowanie szwedzkie.

Przy okazji warto również wspomnieć o innym epizodzie menniczym z okresu rządów Zygmunta III: wkrótce po pierwszych emisjach półtoraków zakład krakowski wybił również monety trzykrajcarowe (trzykrucierzowe), nazywane niekiedy "czechami". Ich nominał odpowiada nominałowi półtoraka, wyrażonemu w należących do systemu pieniężnego państw habsburskich krajcarach. Miały one służyć temu samemu celowi co półtoraki, ograniczając zalew naszych ziem kiepską monetą obcą na obszarach przylegających do Śląska i Czech. Ta moneta bita była jedynie w latach 1615-1618, a na jej awersie widniał królewski wizerunek, dość podobny do popiersia z późnych emisji trojaków krakowskich.

Nie zaszkodzi raz jeszcze rzucić okiem na prezentowany okaz. Na awersie, oprócz wspomnianego już orła, umieszczono nominał w postaci liczby "3" - oznacza on trzykrotność półgrosza. Po obu stronach widnieją napisy otokowe z dość skróconą, ale czytelną tytulaturą królewską i określeniem typu monety. Na rewersie ponownie pojawia się nominał - tym razem wyrażony jako część talara (1/24) - wpisany w jabłko panowania, nad jabłkiem zaś skrócona data "14". W związku z inflacją już na początku nominał ten miał niewiele wspólnego ze stanem faktycznym. Na dole widnieje herb abdank Stanisława Warszyckiego, podskarbiego wielkiego koronnego w latach 1610-1616, o którym dowiadujemy się z dawnych kronik, że "był zasłużony w pokoju i w wojnie. Często brak pieniędzy publicznych w nagłych potrzebach sam zastępował" (Eustachy Marylski, Wspomnienia zgonu zasłużonych w Narodzie Polaków, Warszawa 1829, s. 167). Jeżeli tak faktycznie było, to postępowanie tego podskarbiego stanowiło wręcz przeciwieństwo działań co najmniej kilku innych podskarbich wielkich koronnych w naszej historii. Trzeba jednak mieć świadomość, o czym interesująco pisze Cywiński, że pożyczanie pieniędzy królom przez wysokich urzędników państwowych nie było bezinteresowne...

Na koniec, rzecz jasna, metryczka monety. Jak już wyżej wspomniałem, jej katalogowa masa to 1,58g, próba srebra 7,5-łutowa (0,469), zaś średnica wynosi 19mm. Chwaliłem się już także, że nie jest pospolita: w katalogu Kopickiego figuruje pod pozycją 828 ze stopniem rzadkości R4. Tyszkiewicz w swoim podręczniku wycenił ją ongiś na 4 marki niemieckie, co sugeruje, że kolekcjonersko jest równie wartościowa jak okazały, choć dość pospolity, talar Stanisława Augusta z 1788 r. Oczywiście jej rynkowa cena jest jednak wyraźnie niższa.

piątek, 23 stycznia 2015

Historii weneckiego grosza ciąg dalszy

Grosz wenecki Agostino Barbarigo

Jednym z tematów dotychczas pojawiających się na moim blogu była średniowieczna reforma groszowa. Na temat grubej monety srebrnej, wprowadzonej do europejskich systemów pieniężnych w epoce jesieni średniowiecza, pisałem m.in. w tym poście. Przypomnę krótko: w XIII w. stopniowo następują zmiany gospodarcze, społeczne i kulturalne na niektórych obszarach naszego kontynentu - początkowo w północnych Włoszech. Dochodzi do ożywienia ekonomicznego, rozwija się handel - jego wolumen i zasięg, odradza instytucja kredytu, praktycznie nie istniejąca w wiekach średnich. To powoduje przyspieszenie rozwoju gospodarczego. Nawet w filozofii czuć powiew zmian: św. Tomasz, czerpiąc ze spuścizny przyrodnika Arystotelesa, w obszar swoich zainteresowań włącza świat doczesny. Zaczyna panować przekonanie, że także ziemski padół jest godny poznawania, a może nawet - do pewnego stopnia - ulepszania.

Zmiany nie ominęły mennictwa. Rozwijający się handel wymuszał posługiwanie się większą ilością kruszcu. Dlatego miasta północnej Italii zaczęły emitować grubsze od średniowiecznych denarków monety srebrne. Jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym takim ośrodkiem, była właśnie Wenecja, która wybiła dwugramowe monety na awersie z wizerunkiem doży otrzymującego od patrona miasta, św. Marka, chorągiew, na rewersie zaś Chrystusa na majestacie. Wkrótce potem cięższy pieniądz zaczną bić inne ośrodki, również na północ i zachód od Alp, a z kolei Wenecja wprowadzi do obiegu złote dukaty (Florencja zaś, wkrótce potem - floreny). Tymczasem moją uwagę niedawno zwróciła aukcja na Allegro z groszem weneckim wybitym przeszło dwieście lat po monecie prezentowanej w wyżej przywołanym poście. Pomyślałem, że muszę ją mieć jako kontynuację zapoczątkowanej przez ten nadmorski ośrodek tradycji, zwłaszcza że spodziewałem się, że nie będzie to duże wyzwanie w wymiarze finansowym - na szczęście nie spotkało mnie rozczarowanie i moneta znalazła się w moim zbiorze. Oto ona:

AWERS: AUG BARBARIGO S M VENETI


REWERS: TIBI SOLI GLORIA

Od razu muszę przyznać, że nie jestem w żadnym razie znawcą historii Wenecji, i nie zdobyłem się na to, aby stać się nim przy okazji zdobycia poprzedniej, jak również obecnie omawianej monety. Mogę więc tylko na podstawie łatwo dostępnych źródeł (Wikipedia...) wyjaśnić, że pokazany tu numizmat wybito za panowania doży Agostina Barbarigo, który panował w latach 1486-1501, a więc w tym jakże ważnym okresie, w którym doszło do zakończenia rekonkwisty (zdobycie Grenady), Kolumb odkrył Amerykę, a w Rzeczypospolitej swoje panowanie kończył wielki król Kazimierz Jagiellończyk, po którym tron objął Jan Olbracht. Jest to już więc zdecydowanie inna epoka, niż ta, która zrodziła europejskie grosze - chociaż w Krakowie rytownicy stempli nadal jeszcze przez pewien czas będą używać gotyckich liter. Odnośnie samego doży mogę jedynie napisać, że za jego panowania Wenecja podbiła Cypr. O monecie zaś... cóż, przyznaję, że legendy nie są dla mnie w pełni czytelne - mam problem ze skrótami. Poza tym jest w miarę łatwo: na awersie widnieje tytuł i nazwisko doży, na rewersie zaś tekst religijny: "Tobie jednemu chwała", a więc apostrofa do Jezusa Chrystusa. Nie jest to sytuacja wyjątkowa - dość powszechnie sądzi się chociażby, że nazwa "dukat" wywodzi się od inskrypcji: "Sit tibi Christe datus quem tu regis iste ducatus", czyli "Tobie Chryste niech oddane będzie, to którym rządzisz księstwo" umieszczanej na tych złotych monetach.

Moneta pod względem metrycznym nie spodlała przez te dwa wieki emisji - przeciwnie, jest okazalsza (ok. 26mm) i cięższa (3,09g) od pierwowzoru. Znak, że rozwój mennictwa postępował, a Wenecję stać było na solidny pieniądz. Egzemplarz należy uznać za bardzo ładny, z (chyba, bo nigdy do końca nie wiadomo) starą patyną. Jedyny mankament to mocno wytarte oblicze Chrystusa - za to wizerunki św. Marka i doży zachowały się w stopniu satysfakcjonującym.